piątek, 19 lutego 2021

Maggie Stiefvater - "Wezwij sokoła"

Autor: Maggie Stiefvater
Tytuł: Wezwij sokoła
Wydawnictwo: Uroboros
Premiera: 24 lutego 2021
Liczba stron: ok. 500
Ocena: 9,5/10
Patronat Książkowiru

Opis:

Wśród nas znajdują się śniący... i wyśnieni. Ci, którzy śnią, nie potrafią się przed tym powstrzymać, mogą jedynie próbować to kontrolować. Ci, którzy zostali wyśnieni, nie są w stanie wieść samodzielnego życia, ponieważ zasną na zawsze, jeśli ich śniący umrą. Istnieją tacy, którzy lgną do śniących. By ich wykorzystywać. By ich więzić. By ich zabijać, zanim ich sny zniszczą nas wszystkich. Ronan Lynch jest śniącym. Potrafi wyciągać ze swoich snów zarówno wspaniałości, jak i koszmary, i przenosić je do swojej ułomnej rzeczywistości. Jordan Hennessy jest złodziejką. Im bardziej zbliża się do wyśnionego przedmiotu, którego poszukuje, tym bardziej nierozerwalnie się z nim wiąże.
Carmen Farooq-Lane jest łowczynią. Jej brat był śniącym... i zabójcą. Na własne oczy widziała, jakie skutki może przynieść śnienie śniącemu. Obserwowała też szkody, jakie potrafią wyrządzić śniący. To jednak nic w porównaniu z apokalipsą, jaka wkrótce ma się rozszaleć...

Odkryj prawdziwą literacką Incepcję i rozpocznij wyjątkową podróż w głąb sennych marzeń i koszmarów!

Recenzja:

Mam ogromną słabość do motywu snów w fantastyce, dlatego też nie mogłam przejść obojętnie obok Wezwij sokoła, który na śnieniu w wielkiej mierze się opiera. Opis książki wydał mi się przefascynujący – sami na niego spójrzcie – śniący i wyśnieni – czyż nie brzmi to jak zapowiedź fantastycznej wyprawy pomiędzy jawę a sen? I… kurczaki… przeczucie mnie nie pomyliło! Książka jest po prostu KAPITALNA!

Sny to w zasadzie niezbyt pewny budulec do tworzenia życia.

Zacznę od tego, że sięgając po Wezwij sokoła byłam przekonana, że akcja będzie rozgrywać się w jakimś fantastycznym świecie, a tutaj – no cóż – szybko zostałam sprowadzona na ziemię, bo fabuła kręci się w czasach współczesnych. Byłam odrobinkę tym zawiedziona, gdyż spodziewałam się bardziej bajkowego uniwersum, niemniej z każdą kolejną stroną coraz bardziej odpowiadały mi poszczególne anomalie w świecie rzeczywistym i niemiłe wrażenie magicznie zniknęło. Sam motyw śniących i wyśnionych jest całkowicie OCH i ACH – OCH i ACH natomiast nie jest to, że nie mogę Wam opowiedzieć o najbardziej fascynujących jego elementach, aby nie zaspoilerować lektury i nie popsuć układanki – bo treść jest trochę jak swoiste puzzle, z początku niewiele widzimy, niewiele ma sens, ale im więcej kawałków autorka dokłada, tym coraz bardziej emocjonujące – i niebezpieczne – śnienie się dla nas wydaje. Krótko mówiąc – to genialnie niepokojący i fascynujący motyw! 

Przeciwieństwem „magii” nie jest „zwykłość”. Przeciwieństwem „magii” jest „ludzkość”. Świat jest neonem, który głosi CZŁOWIECZEŃSTWO, lecz litery są wypalone w taki sposób, że widać tylko CZŁOWIEK. Czy rozumiesz, co próbuję ci powiedzieć? (…)
Jesteś stworzony ze snów i ten świat nie jest dla ciebie.

Czarujące są także postacie, których losy śledzi się z zapartym tchem. Główny trzon kręci się wokół śniącego Ronana i jego dwójki braci, jednakże ich kreację zdecydowanie miażdży postać Jordan Hennessy, która jest szalenie oryginalną osobą i… powoli zaczynam nienawidzić swojej zasady niespoilerowania treści. Powiem Wam jedynie, że ma wiele osobowości i kocham ją całym serduchem. Najbladziej wypadła tutaj Carmen Farooq-Lane, którą choć zauważalna, nie była tak intrygująca jak bracia Lynch oraz Jordan Hennessy. Kocham Jordan. Kooocham!

Co jest prawdziwe? Posłuchaj: zasypiasz, śnisz o piórach, budzisz się z krukiem w dłoni i jeszcze pytasz, co jest prawdziwe?

Zachwycający pomysł, przemyślana fabuła, genialne postaci… czym jeszcze zachwyciła mnie Maggie Stiefvater? Szykuje się tutaj odpowiedź oczywista i sztampowa – stylem pisania. Autorka ma przepiękne pióro, używa wielu niespotykanych porównań, doskonale radzi sobie z humorem (również czarnym) i nawet absurdalne sytuacje opisuje z nie-do-opisania kunsztem. A przy tym wszystkim potrafi również poruszyć wszystkie struny w czytelniku – nie tylko rozbawić, ale i wzruszyć, zaniepokoić, zmusić do refleksji. Ba! Dzięki niej poznałam również nieznane mi istoty ziemskie, a konkretnie… skrzypłocze. Można więc rzec, że Maggie Stiefvater uczy i bawi.

Miał wrażenie, jakby smutek był niczym radiacja, jakby czas upływający między wystawieniem na jej działanie nie miał znaczenia, jakby po urodzeniu dostawało się dozymetr, który wypełniał się w trakcie życia, a później po prostu się umierało.

Nie będzie tutaj jednak całkowicie różowo, choć to bardziej dygresja na temat współczesnej literatury. Ostatnio straszliwie mnie męczy to, że w co drugiej powieści natrafiam na wątek homoseksualny. Tutaj stety-niestety też się on pojawia i przyznam Wam szczerze, że choć jest dobrze poprowadzony, tak… sami rozumiecie. ZA DUŻO TEGO WSZĘDZIE.

Wezwij sokoła to złoto wśród współczesnej fantastyki. Rewelacyjnie napisana, z wyborowymi postaciami (Jordan 💓), przepysznym wątkiem śnienia i wieloma innymi atutami, o których napisać niestety nie mogę, zdecydowanie wskakuje w moją osobistą topkę książkową. Podsumowując: polecam ją z całego serca miłośnikom szeroko pojętej fantastyki! Niezapomniane wrażenia!
___

P.S. Po napisaniu recenzji zorientowałam się, że autorka wykorzystała już motyw śnienia w Królu kruków, w którym pojawia się m.in. postać Ronana! Niewiele pamiętam z tej serii (zresztą czytałam jedynie pierwszy tom), więc… chyba pora nadrobić zaległości! Dla uspokojenia Was dodam, że można sięgać po Wezwij sokoła nawet bez znajomości innych książek autorki. 

13 komentarzy:

  1. Idealna powieść dla kochających fantastykę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Strasznie mnie to kusi, aż chyba dam się jej skusić. Uwielbiam fantastykę i czuje,że to coś dla mnie, wasza recenzja też zachęca

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ciekawa okładka - orzeł wygląda niesamowicie, zawsze mnie intrygował.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie spotkałam się z motywem śnienia (dla mnie to nowość) jestem zaintrygowana tą pozycją. Maggie Stiefvater stworzyła niezwykły świat który z chęcią bym poznała. Z wątek homoseksualny (nie przeszkadza mi) ale mam wrażenie ostatnio czy w książkach czy na ekranie jest coraz więcej, jakby wciskali na siłę, żeby być poprawnym społecznie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Och, jak ja się cieszę, że na tapecie jest moja ulubiona autorka wszech wielków! Jestem bardzo stronnicza, ale uwielbiam jej twórczość i mam wielki szacunek dla tej autorki. Co prawda strasznie żałuję, że odeszła od swojego pierwotnego stylu - ci co czytali jej "Lament" oraz "Balladę" wiedzą o co chodzi - na rzecz literatury stricte młodzieżowej, ale uważam, że jej wyobraźnia wciąż mocno rezonuje na czytelników i to pozytywnie. Ciągle tkwi coś niesamowitego w jej stylu pisania, języku, jakiego używa, opisów, jakich stosuje, że przyciąga nieodwołalnie wzrok.
    Może jednak zawrócę... W jej pierwszej serii język, którego stosowała był strasznie poetycki, niemal wytkany z irlandzkich snów. Ja wiem, że to przesadny opis, ale inaczej nie umiem tego określić, Stiefvater zawsze tak na mnie działała, od tego pamiętnego dnia, gdy wzięłam do domu zielony tom "Lamentu" z miejskiej biblioteki. Wtedy przepadłam. Ten tok w mniejszym stopniu był kontynuowany w serii o Wilkołakach, zabawiając się wątkami z poezji Rilke'go, którego... tak naprawdę pokochałam dopiero dzięki tej autorce, mimo że przecież ja od poezji trzymam się zwykle daleko. Bardzo daleko. A po jej "Drżeniu" można było mnie spotkać w autobusie z książką poezji Rilke'go w rękach... Tak, praktycznie skandal.
    Do tego ta jej zadziwiająca pomysłowość. Co zrobiła z motywem wilkołaka, to przechodzi moje najśmielsze oczekiwania, kompletnie odmienne spojrzenie (spoiler: przede wszystkim przemiana człowieka w zwykłego wilka, a nie jakieś zmutowane stworzenie. Bomba jak dla mnie!). Przerabiane przez nią umowy z elfami, koniami morskimi... noż nie mogę!
    Przyznaję jednak, że mimo że normalnie bym tego nie przyznała, to... mam wrażenie, że Stiefvater się kończy... albo przechodzi w fazę sprzedajną. Taką hibernację. W końcu z Holly Black chyba stało się podobnie. Jej pomysłowość wciąż jest dla mnie okropnie dobra, styl pisania zabójczy i mogę przyznać śmiało, że będę ją kochać do śmierci, ale jej język staje się bardziej komercyjny, rzadziej również sięga do poezji czy legend irlandzkich, mają mniej uroku, mimo że wciąż są dobre. Ostatnia seria "Król kruków" (trochę to inaczej szło, prawda?) pożarłam tak szybko jak zawsze i ze smakiem, ale z mniejszym niż dawniej zadowoleniem. Czegoś mi brakło, mimo że bawiłam się przednio. Wątek homoseksualny? Stiefvater sięgnęła po niego pierwszy raz we wspomnianej przed chwilą serii i coś mi się zdaje, że jest on kontynuowany w omawianym "Sokole". Podejrzewam, że to kwestia mody, potrzeba rynku, jak to już ktoś zauważył, aczkolwiek uwielbiam, jak ta autorka opisuje wątek miłosny (jakikolwiek) - delikatnie zarysowuje, a nie rzuca na plan pierwszy. To dodatek, a nie wątek najważniejszy, główny i to mi się zawsze podobało. No chyba że w nowym tomie się to zmienia. Ale mówiłam, że ją kocham? To dobrze. Warto powtórzyć i dodać serduszka, by nikt nie wątpił w radość mego serca tą lekturą <3
    Że rzecz nie dzieje się w jakiejś alternatywnej przyszłości - to pewne dla czytelników serii o krukach, podejrzewam, że to wzrotk ku nim - ojej, również dla mnie <3 - dedykowana jest ta nowa seria. Sporo dodatków do "Króla kruków" było publikowane, ale niestety (albo stety?) to nie doszło do naszych granic. Autorka jakoś nie może się pożegnać z tą serią i nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Mam nadzieję, że książka mimo wszystko trzyma poziom, ja ją na pewno przeczytam (mimo że wciąż nie zabrałam się do lektury "Przeklęci święci" - tak, ta książka teraz tak na mnie brzydko patrzy...), z czystego zachwytu dla Stiefvater (zresztą, ocena 9.5, no to chyba nie poszło tak tragicznie, jak się tego teraz obawiam?). Marzy mi się nawet, by kiedyś coś od niej sfilmowano... Ale jak to wspomniałam na samym początku, mój entuzjazm jest czysto subiektywny, podyktowany wcześniejszymi spotkaniami z tą panią ;)
    Ogromnie się cieszę, że u Was się wreszcie recenzja Stiefvater pojawiła! Kocham Was niezmiernie i zawsze <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Po przeczytaniu recenzji i wpisu Zaczytanej Magdy nie pozostaje mi nic innego jak tylko sięgnąć po książki, tej zupełnie mi nieznanej do tej pory autorki. Zapowiada się prawdziwa uczta. Może zacznę od wcześniejszych jej książek i też dam się ponieść jej stylowi pisania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej, pani Małgorzato, bardzo dziękuję za takie potraktowanie mojej przydługiej wypowiedzi, jest pani kochana <3 Jestem za bardzo stronnicza w tym komentarzu, ale rzeczywiście, uważam "Lament" i "Balladę" za jej najlepsze książki.

      Usuń
  7. Nie znam twórczości tej pani. Motyw snów jest bardzo ciekawy, myślę, że chętnie bym się skusiła na taką ucztę fantastyczną 😉

    OdpowiedzUsuń
  8. O tej autorce słyszałam wiele dobrego i to już dawno temu. Ciągle gdzieś na nią natrafiam, ciągle ktoś poleca i wstyd się przyznać, że nie znam jeszcze jej twórczości :( Mam zamiar w końcu to zmienić, ale nie będę kłamać, że zrobię niedługo, bo tak naprawdę narazie ochoty na nią nie mam, ale kiedyś chcę to zmienić na pewno :) Szczególnie, że wywołuje tak wielkie emocje :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Gratulacje patronatu :) Okłada piękna, ale książka nie w moim typie. Nie jestem fanką, fantastyki, dlatego nie będę zapamiętywać i zaczytywać się tej książce . Bardzo dziękuję za recenzję :) Udanego zaczytania dla fanów fantastyki :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie spotkałem się z tematem marzeń (który jest dla mnie nowy) i bardzo interesuje mnie to stanowisko. Maggie Stiefvater stworzyła wspaniały świat, który naprawdę chcę odkrywać. Temat homoseksualizmu (nie mam nic przeciwko), ale ostatnio odniosłem wrażenie, że w książce lub na ekranie pojawia się coraz więcej, jakby promowały poprawność społeczną.

    OdpowiedzUsuń
  11. Również nie znam twórczości tej autorki. Jednak sam motyw snów jest bardzo ciekawy. Tak samo jak przedmówcy chętnie bym się skusiła na taką ucztę... fantastyczną ��

    OdpowiedzUsuń
  12. Muszę koniecznie sprawdzić tą pozycję

    OdpowiedzUsuń