środa, 5 lipca 2017

Anna Mandes-Tarasov - "Moje wielkie ruskie wesele"


Tytuł: Moje wielkie ruskie wesele
Autor: Anna Mandes-Tarasov
Seria: Literatura do torebki
Wydawnictwo: Edipresse Książki
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 360
Ocena: 6/10

Opis:
Kiedy Polak poślubia Rosjankę, mówią o nim: szczęściarz! Ale kiedy ona oddaje rękę Rosjanowi, nawet takiemu z francuskim paszportem, koleżanki mdleją, urzędniczki sarkają, a w powietrzu wisi słowo: skandal. Co się stanie, kiedy w poznaniu przyszłych teściów przeszkodzi deportacja, weselny catering wmiesza się konflikt zbrojny, a redaktor naczelna zapragnie zrobić ze ślubu temat numeru? Będzie i śmieszno, i straszno! O tym w powieści Anny Mandes-Tarasov.

Recenzja:
Mam problem z tą książką. Okazała się czymś zupełnie innym niż się spodziewałam. I to kilkukrotnie. Najpierw zmyliło mnie obco brzmiące nazwisko autorki i chociaż opis sugeruje, że o Polce będzie mowa, jakoś się zdziwiłam, kiedy się okazało, że bohaterką tego wielkiego ruskiego wesela będzie Anna Wiśniewska. Ale myślę sobie „fajnie”. Polskie książki o Rosji lubię najbardziej, chociaż i te pisane przez nie-Polaków są na swój sposób ciekawe, bo zawsze to jakiś inny punkt widzenia. Więc czytam o tej Annie Wiśniewskiej, książka ma lekko reportażowy charakter, a na okładce jest napisane, że autorka wyszła za Rosjanina. No i zaczynam się zastanawiać – ale chwila, chwila, to w końcu jest książka autobiograficzna czy nie? Bo na okładce nie widzę żadnej Anny Wiśniewskiej, tylko Annę Mandes-Tarasov. O co chodzi? Skończyłam, ale w sumie nie wiem. Nie wiem, które sytuacje opisane w tej książce wydarzyły się naprawdę, a które zostały wyssane z palca. I niefajnie mi z tym.
Kolejnym zaskoczeniem okazało się dla mnie to, jak mało czasu w istocie zostało poświęcone w tej książce weselu. Ale to mi jakoś mocno nie przeszkadzało – najmniej przyjemną niespodzianką było to, że więcej przeczytałam o Paryżu niż o Rosji. Po tym obiecującym tytule liczyłam, że będzie "rosyjsko", że akcja będzie się kręciła wokół wesela, a tu autorka skupiła się bardziej na opisaniu początków swojego (albo nieswojego, nie wiem!) romansu. I zastosowała zmyłkę, przez którą dałam się zaskoczyć jeszcze raz.
Cała historia jest lekka, zabawna i szybko się ją czyta, a autorka lubi posługiwać się ironią. Jej opisy pobytu w Paryżu i stosunków Polaków wobec innych nacji często mnie bawiły, chociaż czasem odnosiłam wrażenie, że autorka chciała być zbyt zabawna, a niespecjalnie jej wychodziło. Znalazło się tu również kilka trafnych i przenikliwych uwag o życiu na obczyźnie. Anna Wiśniewska podobnie jak ja nie przepada za polityką i historią, a jednak było o nich dość sporo. Ale cóż, chyba nie da się tego uniknąć, gdy Polka wychodzi za Rosjanina.
Może oceniłabym Moje wielkie ruskie wesele wyżej, bo historia była lekka i przyjemna, a do tego okładka jest śliczna, ale ilość błędów, które zostały nawet po redakcji i korekcie (bo za którymś znalezionym błędem aż sprawdziłam, czy książkę w ogóle oglądały takie osoby jak redaktor i korektor), mi na to nie pozwala. Zupełnie niekonsekwentną interpunkcję w dialogach czy błędne użycia imiesłowu współczesnego jeszcze od biedy mogłabym znieść, ale błędy ortograficzne przelały czarę goryczy.
Ostatecznie  Moje wielkie ruskie wesele mogę polecić wszystkim, którzy szukają lektury na plażę. Ta nieskomplikowana historia nada się idealnie na leżak i wywoła lekki uśmiech na waszej twarzy.


Książkę dostałam od wydawnictwa Edipresse Książki

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza