piątek, 25 listopada 2016

Konkursowy Czarny Piątek - konkurs #5


REGULAMIN

1. Organizatorem konkursu są właścicielki blogów i fanpejdżów: Książkowe Kocha, Nie Kocha (książkowe.pl) oraz Nasz Książkowir (naszksiazkowir.blogspot.com).
2. Sponsorami nagród są podmioty zewnętrzne (wydawnictwa, księgarnie, sklepy, firmy, osoby prywatne), określane oddzielnie dla każdego konkursu, o ile nie zaznaczono inaczej.
SPONSOR: WYDAWNICTWO VIDEOGRAF
3. Rodzaj nagrody oraz liczba egzemplarzy konkursowych jest podana z góry w każdym poście konkursowym.
4. Akcja trwa w dniach 24-27.11.2016. Zgłoszenia pod każdym konkursem przyjmujemy do 48 godzin od ogłoszenia konkursu, włącznie z konkursami ogłoszonymi 27.11.2016 (czyli można odpowiadać do 29.11.2016 do określonej godziny).
5. W konkursach mogą brać udział tylko osoby mieszkające na terenie Polski.
6. Wyniki ogłoszone zostaną w ciągu 30 dni od zakończenia wszystkich konkursów. Postaramy się publikować je stopniowo.
7. Koszt wysyłki nagrody ponoszą sponsorzy nagród, chyba że zaznaczono inaczej. Część nagród będzie wysłana po pokryciu kosztów wysyłki przez laureata (inaczej byśmy zbankrutowały).
8. Wysyłka nastąpi w ciągu 4 tygodni od ogłoszenia wyników.
9. Każdy zwycięzca wybrany zostanie na podstawie udzielonej odpowiedzi i subiektywnej oceny organizatorek.
10. Udział w każdym konkursie oznacza akceptację niniejszego regulaminu.
11. Mogą brać udział także osoby z konta anonimowego, ale muszą podać nick, pod jakim obserwują bloga. 

ZADANIE

OPISZ ZABAWNĄ SYTUACJĘ ZE SZKOLNYCH LAT.
MAKSYMALNIE 15 ZDAŃ.

16 komentarzy:

  1. Zgłaszam się
    Małgorzata Filipek
    Razem z koleżanką na lekcjach historii siedziałyśmy zawsze w pierwszej ławce. Mimo że nauczyciel naprawdę ciekawie opowiadał zdarzało nam się po prostu nudzić, wtedy moja koleżanka zaczynała sobie nucić pod nosem, lecz gdy tylko nauczyciel się odwracał milkła. Nieraz cała sala zastanawiała się skąd dochodzi dźwięk. Pewnego razu zaczęła śpiewać pod nosem wyszły w pole świnki trzy, lecz tym razem nauczyciel był od niej szybszy i podsumował całą sytuację zapytaniem: Zespołos debilos?

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgłaszam się
    Małgorzata Jabłońska
    odpowiedź: Nigdy nie zapomnę lekcji polskiego w liceum kiedy przejęzyczyłam się wypowiadając się na temat Wertera. Omawialiśmy na lekcji jego stosunek do dzieci. Wezwana do odpowiedzi chciałam powiedzieć, że Werter lubił rozpieszczać dzieciaki. Ale niestety zamiast "rozpieszczać "jakimś cudem, to dziś naprzawdę nie wiem jakim, powiedziałam "rozpieprzać". "Werter lubił rozpieprzać dzieciaki". Klasa w ryk, nauczycielka oczy jak spodki, a ja poróbuje ratować sytuację poprawiając się słownie. Niestety hasło poszło w świat. Buraka na twarzy miałam jak chyba nigdy dotąd. Całe szczęście nauczycielka zrozumiała, że to przejęzyczenie i po krótkim uśmieszku, na któy sobie pozwoliła, uspokoiła resztę śmiejących. Ta historia chodziła za mną dobry miesiąc zanim mi odpuścili :D

    OdpowiedzUsuń
  3. W podstawówce byłam na wycieczce autokarowej w Warszawie. Wtedy wydawało mi się, że to taka niesamowita wycieczka, a Warszawa jest tak daleko (30 km). To chyba był czerwiec, na dworze było ponad 30 stopni. Jak to dzieci nabraliśmy mnóstwo jedzenia, słodyczy itp. Moja przyjaciółka zabrała pomidory pokrojone w ćwiartki. Po kilku godzinach w autokarze zrobiła się z nich zupa pomidorowa.. ale to jeszcze nic! Kolega zabrał ze sobą żelki-misie Haribo, zostawił je w autokarze, a one się rozpuściły. Całą drogę powrotną objadaliśmy się klejącą papką, która z nich powstała :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Magdalena Flis
    Jeszcze gimnazjum moi szaleni koledzy wpadli na przerwie na szatanski pomysł. Jeden podpalił gazetę, którą wykorzystał na WOSie do prasówki, a drugi genialny wyrzucił płonącą przez okno klasy językowej...na ulicę. Spłonęła w powietrzu,ale afera była na całą szkołę, dyrektor przesluchiwal każdego z nas w swoim gabinecie. Nikt nie zdradził sprawców. W końcu sami się przyznali.

    OdpowiedzUsuń
  5. Marysia Kasperczak. Pierwsza klasa LO. Nie znając jeszcze z nazwiska wszystkich nauczycieli weszłam do pokoju nauczycielskiego i poprosiłam panią Euglenę (od biologi) - zapadła pełna napięcia cisza... bo było to przezwisko a nie nazwisko nauczycielki - myślałam, że się pod ziemie zapadnę

    OdpowiedzUsuń
  6. Zgłaszam się.
    Edyta Chmura
    Sprawa wyglądała tak, że pod koniec semestru w V klasie moja ocena z języka polskiego wahała się między 4 a 5. Nauczycielka wymyśliła, że dla osób w takiej sytuacji wyznaczy dodatkowe zadanie, a że zakochana była w twórczości Marii Rodziewiczówny, kazała mi przeczytać dowolną jej książkę. Nie słyszałam wcześniej o tej pisarce, więc napisałam sobie w zeszycie: „Przeczytać coś M. Rozdziewiczówny”…w ogóle nie zorientowałam się, że dodanie „z” do nazwiska zupełnie zmienia skojarzenia ;)
    W domu znalazłam „Lato leśnych ludzi” i z radością stwierdziłam, że nie jest to zbyt gruba lektura, więc dam rade. Niestety do nauki były też inne przedmioty, więc czytanie zostawiłam na wieczór…po dwóch godzinach, gdy dochodziła 22 ledwo patrzyłam na oczy, zwłaszcza, że wcale nie czytało mi się lekko i przyjemnie, trzeba było się skupić, a tu tak dużo opisów przyrody, skomplikowanych nazw ptaków i leśnych ziół, że byłam bliska zwątpienia. Postanowiłam odpocząć i dokończyć następnego dnia na fizyce, której nie lubiłam, a że siedziałam w ostatniej ławce, to zwykle pani S. nie zwracała na mnie uwagi. Dyktowała coś beznamiętnym głosem, co chwila przerywając, żeby za pomocą okularów pogrzebać sobie w uchu…No więc czytałam spokojnie, akcja się rozwinęła i wciągnęła mnie, nawet nie zauważyłam ciszy, która nagle zapanowała w klasie. Poczułam piorunujące spojrzenie ponad głową…
    - Da-waj ten ka-jet! – krzyknęła pani S. jak zwykle sylabizując, gdy się zdenerwuje – Po tobie bym się tego nie spodziewała ... co tam czytasz?
    - Yyyy…przepraszam, to „Lato leśnych ludzi” Rozdziewiczówny
    - Kogo?!
    - Marii Rozdziewiczówny
    …w tym momencie cała klasa wybuchła śmiechem, zrobił się hałas nie do opanowania, a ja naprawdę nie wiedziałam o co chodzi. Dopiero później koleżanka mi wyjaśniła moje „przejęzyczenie”. Pani S. chyba też była rozbawiona sytuacją, bo już na mnie nie krzyczała. Ale o zajściu dowiedziała się polonistka przed którą musiałam się nieźle tłumaczyć, a że sprawa dotyczyła jej ukochanej pisarki, pożegnałam się z upragnioną 5 ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Moja klasa była dosyć destrukcyjna. Pewnego dnia któryś z moich kolegów przyniósł kropelkę do szkoły. Wiecie chodzi o ten zarąbiście mocny klej. Przez pierwsze kilka lekcji bawili się sklejając sobie palce, a potem były zawody kto prędzej je rozklei. Niestety, po pewnym czasie im się to znudziło. Jeden z chłopaków przykleił krzesło do podłogi. Dosłownie. Na jego nieszczęście było to krzesło bez nakładek i nie można było go oderwać, gdy tylko nauczyciele się o tym dowiedzieli, obniżyli mu ocenę z zachowania. A krzesło? Zostało odczepione razem z kawałkami podłogi :/

    OdpowiedzUsuń
  8. Moja klasa była dosyć destrukcyjna, więc ktoś pewnego dnia wpadł na świetny pomysł przyniesienia kropelki do szkoły. Wiecie, tego zarąbiście mocnego kleju. Przez kilka pierwszych lekcji bawili się w sklejanie sobie palców. Potem robili zawody, kto szybciej je rozklei, ale niestety wkrótce to in się znudziło. Jeden chłopak przykleił krzesło do podłogi. Dosłownie. Nauczycielka niczego nie zauważyła! Oczywiście nie dało się ukryć tego na dłuższą metę, więc gdy nauczyciele się o tym dowiedzieli to obniżyli mu ocenę z zachowania. A krzesło? Zostało oderwane siłą razem z fragmentami podłogi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ups myślałam, że tamto się skasowało, bo mi się rozładował komputer i przez przypadek dodałam dwa :/

      Usuń
  9. Jak na typowe nastolatki przystało uważałyśmy razem z moimi koleżankami, że powinnyśmy się odchudzać. Niewiele z tego wynikało poza tym, że często wspominałyśmy jakie to jesteśmy grube i że totalnie zaczynamy dietę. Pewnego dnia któraś zauważyła (lepiej późno niż wcale), że absolutnie żadna z nas nie ma nawet grama nadwagi, więc może jednak nie ma w tym za grosz sensu. Wtedy postanowiłyśmy zrobić odwrotność odchudzania – tydzień opychania się ;). Pewnego dnia przyniosłyśmy ze sobą zupki chińskie i wrzątek w termosie. Pod koniec lekcji fizyki nauczycielka powiedziała nam, że na dziś skończyliśmy i możemy zjeść śniadanie. Nie czekając na nic więcej zrobiłyśmy swoje zupki (dwie miski, 8 dziewczyn z łyżką w ręce, pamiętam jak dziś ;D). Po jakimś czasie zaciekawiona pani zapytała „Co to za zapach?” na co chłopcy odpowiedzieli „Dziewczyny ugotowały rosół”. Niestety okazało się, że nie jest to akceptowalne śniadanie i wszystkie dziewczyny (nawet te „spoza gangu”) zostały wezwane do odpowiedzi. Absolutnie każda znad dostała pałę. Zostały one anulowane dopiero kiedy w ramach przeprosin przyniosłyśmy kwiaty... Mówiąc szczerze nie uważam, żebyśmy to my były czarnymi charakterami tej historii, ale uwaga „Na lekcji fizyki jedzą zupę” była naszym powodem do dumy ; ).

    OdpowiedzUsuń
  10. Zgłaszam się!
    Grażyna Wróbel

    Do dnia dzisiejszego, kiedy wspomnę sobie tę przezabawną sytuację z lat szkolnych pękam ze śmiechu. Idąc przez korytarz (to była podstawówka), kolega podłożył mi nogę i się przewróciłam. Otaczało nas mnóstwo kolegów i koleżanek, którzy nagle zaczęli się głośno śmiać. Ja wstałam, obróciłam się w stronę kolegi, wzięłam zamach i tak mu przyłożyłam, że sam wylądował na ziemi ;) Nagle wszyscy stali się poważni, a na moich ustach pojawił się uśmiech. Od tego czasu kolega żył w myśl zasady: nie rób drugiemu tego, co tobie samemu niemiłe. ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. zgłaszam się
    Katarzyna Bieńkowska

    nie wiem, czy to były lata szkolne, czy zerówka, ale odbywała się jakaś akademia dla rodziców, a ja mówiłam wierszyk o bocianie. Wyuczona, wystrojona w białą bluzkę i granatową spódniczkę stanęłam na środku i zaczęłam mówić... wszystko pięknie, ale tego stresu podniosłam nogę i przyciągnęłam ręką stopę do pośladka (ah, jaka byłam kiedyś wysportowana!) niestety zachwiałam się i o mało nie wybiłam zębów o podłogę. Kimkolwiek była osoba, która mnie złapała - dziękuję!


    inna historia dotyczy tego, jak należało nauczyć się jakiegoś słowa po śląsku i zapytać w grupie, czy inni je znają. Chodziło o to, żeby nikt nie wiedział...
    dzieci nauczyły się mówić : rower, kopalnia itd. a ja chciałam coś trudnego!
    Niestety, po przekroczeniu progu sali zapomniałam!
    Słówo to było: skarpety, czyli fuzekle. Do dziś cała rodzina sie ze mnie śmieje, bo powiedziałam, ze skarety to FUZLE. cóż pewnie miałąm na myśli stopki ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Zgłaszam się!
    W klasie 4 wybrałam się z koleżanką na spacer, była to końcówka zimy, ale było chłodno i śnieg jeszcze leżał. W pewnym momencie stwierdziłyśmy, że zdejmiemy kurtki i wejdziemy na drzewo, tak zrobiłyśmy. Nie było nam zbyt chłodno więc na dalszy spacer udałyśmy się bez kurtek, które zostawiłyśmy w krzakach. Doszłyśmy do rzeczki szerokiej na jakieś 2 metry. Nie chciało nam się wracać i wybrałyśmy drogę przez rzeczkę, bo była krótsza. Zaczęłyśmy szukać miejsca, w którym można przejść. Ja jako, że nie pomyślałam, że mogę się zapaść w błoto wlazłam w rzekę, zrobiłam 3 kroki i byłam na drugim brzegu, ale... bez butów. Zostały one w rzece, całe w błocie, mokre. Ja skakałam po drugiej stronie, żeby nie było mi tak zimno w stopy, a moja koleżanka, jako, że porządnie związała swoje buty przeszła, zabrała moje trapery. Teraz po tych 5 latach mamy co wspominać, tej historii nie zapomnimy nigdy ;)

    Klaudia Janikowska

    OdpowiedzUsuń
  13. Każdy wie, jak w gimnazjum wyglądają lekcje religii. Mimo że ja byłam z rocznika jeszcze jako - tako szanującego nauczycieli, na tej lekcji zasadniczo każdy robił to, na co miał ochotę. A ja akurat miałam ochotę porzucać sobie papierowymi samolocikami. Siedziałam w pierwszej ławce i z zapałem produkowałam coraz to nowe samolociki. W końcu jednym z nich rzuciłam w stronę podchodzącej do biurka z zeszytem koleżanki. Samolocik w tym momencie skręcił i wylądował na głowie katechety, zatrzymując się w jego kręconych włosach. W sali zapadła cisza, a później nastąpił głośny wybuch śmiechu. Ksiądz przez moment nie wiedział, co się dzieje, szybko jednak ogarnął sytuację. Ponieważ należałam do grona jego ulubionych uczennic, dał mi spokój, ale ja już nigdy nie odważyłam się rzucać samolocikami w klasie. Przynajmniej do czasu, kiedy na studiach mieliśmy na czas zaprezentować działanie linii produkcyjnej papierowych samolocików...

    OdpowiedzUsuń
  14. Najbardziej zabawną historią jaką sobie przypominam, za czasów życia szkolnego jest incydent, gdy chciałam rzucić długopisem do koleżanki, która siedziała w przedniej ławce. Niestety długopis uderzył w Panią nauczycielkę
    , która zerwała się z krzesła i krzyknęła -"Kto to?!". Zsunęłam się ze stołka w dół, po chwili nasza Pani wybuchnęła śmiechem, później cała klasa. Po chwili zrobiła się poważna i ponownie zapytała -"Kto to był?". Wstałam zdezorientowana, odpowiedziałam -"Ja proszę Pani, przepraszam", na co ona odpowiedziała -"Mam nadzieję, że nie będę miała tatuażu między oczyma", uśmiechnęła się żartobliwie -"Żeby mi to było ostatni raz, a teraz kontynuujmy lekcję".
    Nigdy nie zapomnę tego momentu, kiedy w sercu czuć było dwie tak istotne emocje jak strach i wesołość. Całe szczęście nauczycielka okazała się być wyrozumiałą i opanowaną osobą. 

    OdpowiedzUsuń
  15. 7 klasa podstawówki... zaspałam. Niebyło czasu na śniadanie i inne pitu pitu. Szybko się ubrałam, umyłam i spakowałam książki. Na zegraku 7:57 a na 8:00 pierwsza lekcja i to historia z wychowawczynią. Myślę sobie "biegiem na skróty to jakies 5-7 min, może babka się spóźni i zdąże". No i pobiegłam. Po drodze mijam sąsiada, który ma ze mnie ubaw po pachy... W końcu zasapana byłam :P Dobiegłam gdy akurat wychowawczyni zamykała za sobą drzwi. Wchodzę, mówię "dzień dobry, przepraszam za spóźnienie" a wszyscy w ryk :/ i stoję jak ten pajac i nie wiem o co chodzi. Schylam łeb, patrze a ja mam papcie króliki na nogach... no i wszystko jasne... do końca 8 klasy mi o tym przypominali :P

    OdpowiedzUsuń