środa, 22 stycznia 2014

Lena Claivenrow - "Wszystko wiecznie przed nami"


Tytuł: Wszystko wiecznie przed nami
Autor: Lena Claivenrow
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 832
Ocena: 6/10

Opis:
Michael Cornerstone i jego wychowanka, mieszkający w ukrytym w chmurach Rose Castle, zostali sobie przeznaczeni na wieki przez świetlistego Rozmówcę znad Kaskady. Tylko oni na całej Ziemi mają w sobie dość miłości i mądrości, by nieustraszenie zwalczać zło, które na przestrzeni wieków przybiera coraz to nową postać. Nadal jednak pozostaje Moronem – uosobieniem ludzkiej głupoty i bezmyślnego okrucieństwa.
Lena Claivenrow, artystka, ma skłonności do mentalnego lądowania w nieistniejącym świecie. Pomaga jej to przetrwać uwierającą, brutalną rzeczywistość. Czy cudem przeżyty wypadek samochodowy w wyniku którego doznała rozległego urazu głowy spowodował u niej trwałe uszkodzenie mózgu? Czemu przypisać uporczywe objawy déjà vu, przywodzące coraz silniejsze skojarzenia z życiem, które niemożliwe przecież, żeby się wydarzyło…?
Kim tak naprawdę jest jej wybawca, neurochirurg, profesor Brian Crosentorne?

Recenzja:
Lena Claivenrow to pseudonim polskiej pisarki i zarazem imię i nazwisko bohaterki książki Wszystko wiecznie przed nami. Mam wrażenie, że autorka zdecydowała się na taki zabieg z czysto marketingowych względów (wiadomo, że obcojęzyczne brzmiące nazwisko przyciągnie większą ilość czytelników), bo zastosowała trzecioosobową narrację i w żaden sposób nie stylizowała książki na pamiętnik czy podobną formę literacką.
Książka jest dość obszerna, ma ponad 800 stron. Myślałam, że będę się z nią męczyła długi czas, a tu niespodzianka – przeczytałam ją w jeden dzień (choć pewnie fakt, że połowę tego dnia spędziłam w kolejce, nie pozostaje tu bez znaczenia).
Powieść została zaklasyfikowana jako fantastyka, co ukazuje, jak szeroko można pojmować ten gatunek. Osobiście skłaniałabym się raczej do nazwania jej romansem z elementami fantastyki. Bo co tak naprawdę tutaj mamy? Historię wiecznej miłości  - „Michael Cornerstone i jego wychowanka, zostali sobie przeznaczeni na wieki przez świetlistego Rozmówcę znad Kaskady”. Całość utrzymana jest w odrobinę bajkowej konwencji, mamy ukochaną i ukochanego, którzy muszą pokonać wiele przeszkód, by w końcu zasłużyć na happy end. Mamy też oczywiście zły charakter, w tym przypadku Morona – uosobienie ludzkiej głupoty.
Książka jest podzielona na dwie części – w pierwszej Lena i profesor żyją w Rose Castle, zamku położonym między chmurami (jeśli dobrze przyjrzeć się okładce, można go dostrzec). Crosentorne jest rektorem akademii, która się w nim znajduje, Lena obejmuje stanowisko opiekuna katedry sztuki. Jakieś dwieście pierwszych stron to podchody tej dwójki, bo oboje mimo swoich lat (Lena ma prawie trzydzieści, wiek profesora jest bliżej nieokreślony) są strasznie infantylni. Crosentorne odnalazł Lenę w lesie, kiedy miała pięć lat i przez większość czasu był dla niej jak ojciec, stąd uprzedzenia, ale na litość boską, oboje byli już dorosłymi ludźmi, czytanie o wszystkich tych śmiesznych sytuacjach, do których doprowadzali swoim zachowaniem, było naprawdę męczące. Ale skoro książka jest o wiecznej miłości, w końcu doszli do porozumienia i stanęli na ślubnym kobiercu. Wtedy dał o sobie znać Rozmówca znad Kaskady i wystawił ich miłość na próbę. Druga część opowiada o tym, jak Lena i Crosentorne odnajdują się w prawdziwym świecie, przy czym niemal połowa jest bliźniaczo podobna do ich wcześniejszej historii. Czyli przez jakieś trzysta stron czytamy jeszcze raz o tym samym.
Jak dla mnie ta książka spokojnie mogła się skończyć na trzystu stronach. W dalszej części bohaterowie w żaden sposób się nie rozwinęli, ciągle byli tak samo infantylni, Lena cały czas „beczała”, a profesor był czułym i łagodnym głupcem. Najbardziej podobała mi się postać jego przyjaciela, który również został przeniesiony do drugiej części. Ze swoim poczuciem humoru i zdrowym rozsądkiem był zdecydowanie najlepszą postacią w całej książce.
Szczerze mówiąc, nie zachwyciła mnie okładka. Rozumiem koncepcję grafika, pewnie odwołał się tym samym do artystycznych zdolności głównej bohaterki, ale taki projekt raczej nie przyciągnie czytelników. W każdym razie mnie nie zachęca. Skoro książka została sklasyfikowana jako fantastyka, okładka mogłaby być bardziej… fantastyczna.
Nie udało mi się znaleźć żadnych informacji o autorce, ale sądząc po języku, Wszystko wiecznie przed nami to debiut. Mimo wszystko czyta się go całkiem przyjemnie, w niektórych momentach można się pośmiać. Jeśli ktoś lubi ciepłe opowieści w bajkowym klimacie, ta pozycja powinna mu się spodobać.



Za książkę dziękuję wydawnictwu Novae Res


5 komentarzy:

  1. Bardzo przypadła mi do gustu okładka! :) Recenzja jest ogólnie bardzo dobra i sama nie wiem jakie mieć odczucia do książki .;/
    Myślę jednak, że po nią sięgnę :)
    Pozdrawiam :)
    http://natalax3recenzje.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Matko jedyna 800 stron!!! o zgrozo nie, nie jeszcze o czymś takim, umarłabym hehe, podzielam Twoje zdanie dotyczące okładki, jakaś taka byle jaka zrobiona po łebkach, coś graficy z wydawnictwa ostatnio przestali się starać;))

    OdpowiedzUsuń
  3. Już niedługo i ja będę ją czytać, więc zobaczymy co z teog wyjdzię.

    OdpowiedzUsuń
  4. 832 strony?? Chyba wolę odpuścić, skoro Ty po 13 miałaś dość... A okładka akurat mi się podoba :)

    OdpowiedzUsuń